Dobre przepisy obronią się same! Akcja: Oswajamy strączki :-)

20170218_235416

Wpadłam w tę samą pułapkę, co większość osób, że już prawie nie korzystam z przepisów, do których nie ma dołączonego zdjęcia efektu finalnego. Pomyśl jednak, że zdjęcia może nie być, bo potrawa była tak dobra, że szybko się rozeszła i nikt nie zdążył cyknąć jej foty!

Chcę się z Tobą podzielić właśnie takimi czterema przepisami ze strączkami w roli głównej, do których nie mam zdjęć, bo jedzenie zostało rozdane na talerze i zjedzone niemal natychmiast przez moją rodzinę:-) Mam nadzieję, że to wystarczająca zachęta, byś spróbował. Będzie i coś na słono, i na słodko.
A na koniec, dla wytrwałych, jeszcze jedna potrawa: suchar z pracy mojego Męża!


ZAPIEKANKA SOCZEWICOWA MOJEJ MAMY

Porcja na jedno standardowe, prostokątne naczynie żaroodporne

Składniki:
– 2 niepełne szklanki suchej zielonej soczewicy
– 5 cebul pokrojonych w kostkę
– 2 średnie cukinie pokrojone w kostkę
– 2 papryki pokrojone w kostkę (najlepiej czerwona i/lub żółta; zielona może pozostawić gorycz)
– 2 średnie marchewki pokrojone w kostkę lub starte
– 4 średnie pieczarki
– przyprawy wg uznania (sól, pieprz, papryka słodka, pieprz ziołowy, oregano, ew. majeranek, czosnek granulowany)
– 2 czubate łyżeczki przecieru pomidorowego
– ser żółty, najlepiej wędzony albo może być i mozzarella (2 standardowe kulki lub 30-dkg kostka zwykłego sera + kilka porwanych plastrów lub startego sera na wierzch zapiekanki)

Ilość soczewicy, warzyw oraz sera można zwiększyć lub zmniejszyć w zależności od potrzeby i upodobania.

Przygotowanie:

  1. Soczewicę płuczemy i gotujemy w dwukrotnie większej ilości wody.
  2. Cebulę i marchewkę podsmażamy na maśle klarowanym/oleju rzepakowym, następnie dodajemy pieczarki i cukinię. Na koniec dodajemy paprykę i dusimy przez parę minut.
  3. Dodajemy przecier pomidorowy oraz przyprawy; dokładnie mieszamy.
  4. Wystudzoną soczewicę łączymy z przestudzonymi warzywami. Na koniec dodajemy ser żółty pokrojony w kostkę, mieszamy i wykładamy porwany lub starty ser na wierzch. Skrawkami sera można również wyłożyć spód naczynia żaroodpornego.
  5. Zapiekamy w piekarniku ok. 30-40 min. w temp. 160-180 st. C (każdy zna swój piekarnik).

MURZYNEK Z CIECIERZYCY

Porcja na blaszkę 20 cm x 20 cm

Mokre składniki:
– 2 puszki ciecierzycy przepłukanej wodą (dobrze jest też przetrzeć nasiona ciecierzycy w rękach, żeby usunąć resztki łupin)
– 1 szklanka daktyli namoczonych we wrzątku przez 15 min. i odsączonych
– 0,5 szklanki masła orzechowego
– 1 szklanka mleka sojowego, niesłodzonego (może być i krowie)
– 1/3 szklanki oleju rzepakowego
– 3 jaja
– sok z 1 mandarynki
– 1/2 szklanki syropu klonowego/daktylowego/ryżowego
– 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Suche składniki:
– 3/4 szklanki kakao
– 0,5 łyżeczki cynamonu
– 0,5 łyżeczki chilli
– 1 płaska łyżeczka soli
– 1 łyżka siemienia lnianego
– 1 łyżeczka proszku do pieczenia
– 1 łyżeczka sody oczyszczonej

Dodatkowo:
– garść suszonej żurawiny
– garść orzechów (u mnie – pekan)

1. Miksujemy ze sobą wszystkie mokre składniki.
2. W osobnej misce łączymy ze sobą wszystkie suche składniki. Wsypujemy do miski z mokrymi składnikami i dokładnie miksujemy w razie potrzeby dodając nieco więcej mleka.
3. Dorzucamy suszoną żurawinę oraz orzechy i mieszamy. Przekładamy masę na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia.
4. Pieczemy ok. 40 min. w temperaturze 180 st. C, włączając na pierwsze 10 minut pieczenia termoobieg.

BURGERY Z FASOLKI MUNG

Składniki:
– 40 dkg fasolki mung, wcześniej namoczonej w wodzie przez co najmniej 8 godzin
– 3 łyżki kaszy kuskus (albo manny)
– 1 łyżka zmielonego siemienia lnianego
– 2 łyżki oleju rzepakowego
– 1 duża cebula lub 2 średnie pokrojone w kostkę
– 1 pęczek koperku poszatkowanego
– 1 pęczek szczypiorku poszatkowanego
– 1 łyżka przecieru pomidorowego
– 3 roztrzepane jaja
– 2 łyżki bułki tartej
– 2 łyżki płatków drożdżowych (jeżeli ich nie mamy, dodajemy zamiast nich jeszcze 2 łyżki bułki tartej)
– przyprawy (sól, pieprz ziołowy, papryka słodka, przyprawa do mięsa, szczypta imbiru, szczypta czarnuszki)

Przygotowanie:
1. Fasolkę płuczemy, zalewamy wodą i gotujemy na pełnym ogniu przez 15 minut bez przykrycia. Po tym czasie odlewamy wodę i nalewamy świeżej, już ugotowanej w czajniku wody, i gotujemy do końca wymaganego czasu, czyli aż fasolka zmięknie (ok. 30 min.).
2. Cebulkę podsmażamy na oleju rzepakowym/maśle klarowanym. W miseczce przygotowujemy kaszę kuskus, siemię lniane, płatki drożdżowe, bułkę tartą oraz przyprawy, które dokładnie mieszamy.
3. Ugotowaną i przestudzoną fasolkę łączymy z wcześniej naszykowanymi suchymi składnikami, dokładnie mieszamy i przepuszczamy przez maszynkę do mielenia/tarkę/wyrabiamy robotem kuchennym ze specjalnymi końcówkami.
Do tak powstałej masy dodajemy podsmażoną cebulkę i poszatkowany koperek oraz szczypior.
4. Doprawiamy do smaku.
5. Wlewamy roztrzepane jaja i dokładnie mieszamy.
6. Formujemy burgery i smażymy do zrumienienia z obu stron.

KULKI Z CIECIERZYCY NA SŁODKO (bez pieczenia)

Składniki:
– 1 puszka ciecierzycy przepłukanej wodą (dobrze jest też przetrzeć nasiona ciecierzycy w rękach, żeby usunąć resztki łupin)
– 2 łyżki podprażonych na patelni wiórków kokosowych
– 2 łyżki syropu daktylowego/klonowego/ryżowego
– 1 łyżka roztopionego oleju kokosowego
– 1 łyżka masła orzechowego
– 1 czubata łyżka kakao
– 2 łyżki mleka do rozrzedzenia masy, by dało się z niej formować kulki
– opcjonalnie: cynamon, 1/2 łyżeczki aromatu waniliowego, jeśli komuś nie posmakuje wersja ‚chickpea-choco-coco’

Przygotowanie:
1. Wszystkie składniki dokładnie mieszamy, a potem miksujemy.
2. Wstawiamy masę na 15 min. do lodówki i po tym czasie formujemy kulki (albo wyjadamy łyżeczką z miseczki:)).

No i obiecany suchar:
– Jaki jest najbardziej królewski parametr prostokąta?
– Jego Wysokość!

 

Dobrego dnia Wszystkim!

Reklamy

Z pamiętnika inspektora ochrony zwierząt i Mleko dla Aleppo

_mg_6054

Przy okazji akcji Mleko dla Aleppo, która ma na celu wsparcie matek karmiących i dzieci na terenach zniszczonych wojną w Syrii, przypomniała mi się pewna interwencja, w której uczestniczyłam jeszcze w czasach „prefamilijnych” jako inspektor ochrony zwierząt.

Otrzymaliśmy zgłoszenie o siedmiu głodzonych od wielu dni psach. Dwa miały być uwiązane przy budzie, a pięć z nich przebywać w zamkniętej i zamurowanej pustakami szopie, bez dostępu do światła dziennego, z zaledwie małą szczeliną, przez jaką właścicielka czasami wrzucała im jedzenie. Wkrótce pojechaliśmy na miejsce, do wioski oddalonej o 40 km na północny zachód od Wrocławia.

To była połowa stycznia; szarówka, przenikliwy chłód i szum drzew dochodzący z pobliskiego lasu. W zrujnowanym przez czas domu przyjęła nas wychudzona kobieta, trzymająca na rękach 2-tygodniowego noworodka. Usiadła przy starym piecu kaflowym i opowiadała nam historię psów, które – jak się okazało – ściągnął do domu jej konkubent, przebywający w tamtym momencie w więzieniu. Posesja nie była ogrodzona, więc czworonogi zostały zamknięte, by nie zagryzały okolicznych kur. Kobieta miała szóstkę małych dzieci, które biegały dookoła nas, gdy przeprowadzaliśmy kontrolę. Jedna dziewczynka zaczęła płakać na wieść o tym, że będziemy musieli zabrać część zwierząt, by odciążyć ich rodzinę. Ta dziecięca wrażliwość uzdalniała ją do oddania psu własnego kawałka chleba, żeby tylko mógł pozostać z nimi.
Kiedy po oględzinach przyszłam ponownie do domu kobiety, ona próbowała swoją wątłą piersią karmić maluszka. Ta pierś była dosłownie sucha, z trudem dająca się uchwycić w kościstą dłoń. Brak mleka, brak jedzenia, brak warunków do życia, brak wsparcia. Takie obrazy zostają w pamięci na zawsze. Takie obrazy dzieją się właśnie teraz, w pobliżu ogromnych polskich miast. Dzieją się też w tysiącach miejsc na świecie. Jeżeli gdzieś jesteśmy i możemy pomóc – zróbmy to. Miłość utrzymuje świat przy życiu, jak mówiła Matka Teresa.

Na zdjęciu ja wraz z Pierworodnym na wrocławskiej Mlekotece, kilka lat wstecz.
Fot. Monika Dawidowicz, The Wild Story

PS – Patrzę na swój profil na naszym dawnym, interwencyjnym forum i łezka mi się w oku kręci. Tyle wspólnie spędzonego z innymi wolontariuszami czasu, tyle pracy i poświęcenia na rzecz zwierząt. Wtedy moim postom na forum, w podpisie, przyświecało hasło ks. prof. J. Tischnera: Bliskość z naturą zmienia odbiór świata. Tak, istotnie tak jest, jak pisał Tischner…

dsc06363

Wegetariańska ciąża w praktyce

20170107_131827.jpg

Ciąża bywa przełomowym momentem w odżywianiu dla niektórych kobiet, bo z troski o nowego człowieczka, rozwijającego się w ich łonach, chcą jeść jak najzdrowiej…albo odrzuca je smak i zapach wszelkich niezdrowych pokarmów, na widok których wcześniej ciekła im ślinka. Wegetarianizm może być dobrym wyborem na ten czas – i na zawsze;-)

Wszystkie moje ciąże, w liczbie trzech, były wegetariańskie. W tym roku zresztą minie 10 lat, od kiedy świadomie i dobrowolnie (choć z początku bardzo nieporadnie) wykluczyłam mięso i ryby ze swojej diety.

W pierwszej ciąży miałam wiele nieprzyjemnych spięć z „martwiącymi się” osobami z rodziny o los poczętego dziecka, co skłoniło mnie do tego, żeby wybrać się do dietetyka. Co i Tobie polecam, jeśli chcesz mieć więcej pokoju wewnętrznego i pewności, że postępujesz dobrze. Zwykłe przeanalizowanie codziennego jadłospisu przez specjalistę może podsunąć pomysły, jak udoskonalić żywienie na co dzień. Odpowiednio zbilansowana dieta wegetariańska, zgodnie z opinią światowych towarzystw dietetycznych, jest odpowiednia na każdym etapie życia, jednak nie polega ona li tylko na zdjęciu z talerza kotleta schabowego i pozostawieniu ziemniaczków z surówką.

  1. Co jeść? Na jakie składniki szczególnie zwracać uwagę?

  2. Jak komponować posiłki? Skąd brać inspirację?

  3. Jak zacząć i wytrwać? Myśl, działanie i orzechy

  4. Suplementacja

  5. Książki i strony www, które lubię i polecam

Ad. 1. Co jeść? Na jakie składniki szczególnie zwracać uwagę?

Mądrość ciała, zapotrzebowanie i pokarmy bogate w konkretne makro- i mikroskładniki

Trudno doszukiwać się mądrości ciała, kiedy dolegliwości I trymestru ciąży dają w kość. Sprawę jednak ułatwia świadomość, że rozwijający się zarodek jest w połowie obcy pod względem genetycznym dla organizmu matki i w dodatku – choć pełen „woli życia” – niemalże zupełnie bezbronny, dlatego ten drugi musi przedsięwziąć działania chroniące dziecko. Stąd m.in. bierze się awersja do wielu produktów spożywczych, które mogłyby zaszkodzić mikro-maleństwu.

Jeśli chcemy mieć czarno na białym podane, jakie jest zapotrzebowanie naszego organizmu, możemy poprosić dietetyka, by dokładnie obliczył – na podstawie takich danych, jak nasz wiek, płeć, stan fizjologiczny, waga, aktywność fizyczna itd. – jaka jest nasza podstawowa przemiana materii i ile dokładnie potrzebujemy codziennie energii, czyli kalorii pochodzących z makroskładników. Ten cały bilans energetyczny to czysta matematyka – dodajesz kalorie, gdy zjadasz cokolwiek (nawet mega zdrowy owoc czy warzywko), a odejmujesz, gdy wykonujesz jakąkolwiek aktywność ruchową (choćby to było prozaiczne pójście na zakupy czy sprzątanie; btw – proces „bezczynności” również jest kosztowny energetycznie dla organizmu, bo pracują organy wewnętrzne).

Najbardziej wiarygodnym i aktualnym źródłem wiedzy o zapotrzebowaniu na składniki odżywcze dla Polaków są normy żywienia Instytutu Żywności i Żywienia, które możemy za darmo pobrać ze strony www tej instytucji: www.izz.waw.pl. Nie musisz kupować drogich książek o żywieniu, by zdobyć podstawową wiedzę – wystarczy poczytać tę stronę.

BIAŁKO

U Julieanny Hever, autorki „Diety roślinnej na co dzień”, możesz wyczytać, że wystarczy zjadać w ciągu dnia niezbędną ilość kalorii, a bez problemu – nawet na diecie wegańskiej – uda się zaspokoić zapotrzebowanie na białko. W ciąży i w trakcie laktacji potrzebujemy więcej białka, ale to nie problem:-)

Wege pokarmy bogate w białko:

  • jaja

  • mleko i produkty mleczne: jogurt, kefir, ser żółty, twaróg

  • rośliny strączkowe: soja i jej przetwory (tofu, miso, shoyu, tempeh, natto), fasole (jaś, mung, azuki, biała, czerwona), soczewice, groch, bób, ciecierzyca

  • orzechy: brazylijskie, włoskie, pistacje, pekan; migdały, słonecznik, ziarna lnu, pestki dyni, sezam

  • kiełki

  • grzyby

  • zboża: pszenica i jej stare odmiany (orkisz, samopsza, płaskurka), amarantus, komosa ryżowa

WĘGLOWODANY

  • zboża: proso, pszenice, owies, jęczmień, żyto, ryż brązowy, komosa ryżowa, amarantus, kasza kukurydziana – w postaci kasz grubo mielonych, pęczaków

  • świeże owoce

  • suszone owoce: morele, figi, śliwki, jabłka, żurawina

TŁUSZCZE

  • mielone siemię lniane

  • awokado

  • oliwa z oliwek

  • olej rzepakowy

  • olej kokosowy

  • masło klarowane

Te trzy ostatnie najlepiej nadają się do smażenia, przy czym nie można smażyć na tłuszczach nierafinowanych ze względu na zanieczyszczenia, które mogą się z nich uwalniać w tym procesie.

Olej kokosowy, wyjątkowo na tle innych olejów roślinnych, należy do tłuszczów nasyconych (jak tłuszcze zwierzęce), jednak warto go spożywać ze względu na liczne walory zdrowotne, na temat których bez problemu znajdziesz info w Internecie;-)

MINERAŁY I WITAMINY – przykłady

  • żelazo: jaja (pieczone omlety, jajecznica z warzywami i ryżem, naleśniki pełnoziarniste na mące żytniej), amarantus (np. ekspandowany w postaci ciasta czekoladowego), suszone śliwki i morele (do owsianek, jaglanek), natka pietruszki (można dosypywać do zup, obiadów, kanapek, koktajli), herbata z pokrzywy, sok z rokitnika

Pamiętaj, że żelazo niehemowe, obecne w pokarmach roślinnych, jest łatwiej przyswajane, jeśli spożywamy je w obecności wit. C, którą znajdziemy w świeżych owocach i warzywach, stąd warto mieć je przy każdym posiłku (uwaga – wit. C jest bardzo wrażliwa na obróbkę termiczną i niewłaściwe przechowywanie, łatwo też się utlenia, dlatego np. surówki dobrze jest przygotować tuż przed posiłkiem, by nie straciły swojej wartości).

  • kwas foliowy: zarodki i otręby pszenne, soja, jaja drożdże nieaktywne, szpinak, brokuły, pomarańcze

  • wapń: produkty mleczne, szczególnie fermentowane (jogurty, kefiry), ale też ser żółty; sezam i mak mielone (np. jako zdrowe słodycze – ja uwielbiam robić „kulki mocy” z różnych bakalii), brokuły (np. ugotowane na parze i przyprawione słodką papryką, czosnkiem granulowanym i solą, z dodatkiem jakiegoś zboża), figi suszone

  • magnez: ciemnozielone warzywa liściaste (różne sałaty, kapusty, botwinka, szpinak, jarmuż – wszystko pięknie pasuje do koktajlu z bananem i daktylami;-)), orzechy, banany, migdały, kasza gryczana, groch, fasola, amarantus

  • cynk: słonecznik, pestki dyni, pełnoziarniste produkty zbożowe, suszone owoce, pieczarki

  • jod: sól jodowana, wiśnie, cebula, kiełki, glony

  • wit. B12: jaja, produkty fortyfikowane (np. mleka roślinne z dodatkiem wit. B12), suplementy

    20170128_130040.jpg

Ad. 2. Jak komponować posiłki? Skąd brać inspirację?

Infografiki, plan żywieniowy na kilka dni, kolory i części roślin, podglądanie stron cateringów/barów wegetariańskich

Nasz mądry organizm wykorzystuje w trakcie trawienia zjawisko uzupełniania aminokwasów, które spożywamy w ciągu całego dnia z różnymi pokarmami, tworząc w ten sposób pełnowartościowe białka. Nie musimy zatem w jednym posiłku zjeść całego przeglądu aminokwasów, niemniej jednak urozmaiconą i dobrą dawkę składników odżywczych oferuje nam łączenie:

1) zbóż i roślin strączkowych (np. pęczak + kotleciki fasolowe + surówka lub sos koperkowy/czosnkowy);

2) zbóż i orzechów lub nasion (np. na śniadanie: owsianka ugotowana na mleku/wodzie + orzechy pekan + banan + cynamon, na kolację: makaron pełnoziarnisty + twaróg półtłusty + podprażone na suchej patelni nasiona sezamu);

3) warzyw i kaszy jaglanej;

4) warzyw i grzybów;

5) warzyw i nasion (np. zapiekanka z zielonych warzyw – mogą być mrożonki: fasolka szparagowa, brokuł, groszek + sos z gotowania warzyw + pierzynka z prażonych na maśle/oleju nerkowców i opcjonalnie ser żółty).

Uwaga – wszystkie nasiona roślin strączkowych, poza soczewicami i grochem w połówkach, należy moczyć co najmniej 8 godzin. Po tym czasie zmieniamy wodę na czystą i gotujemy nasiona na pełnym ogniu bez pokrywki przez 15 minut. Następnie wylewamy tę wodę i nalewamy od razu odpowiednią ilość wrzątku, w którym będziemy gotowali nasionka już do końca wymaganego dla nich czasu/do momentu aż będą miękkie. Solimy dopiero pod koniec.

Żeby ułatwić sobie komponowanie jadłospisu warto:

  1. …w ogóle stworzyć jadłospis, chociaż na 3 dni. Dzięki temu nie będziemy musieli codziennie główkować nad tym, co zjeść i jakie produkty kupić, a przy okazji utrzymamy motywację, by zdrowo się odżywiać.

    Mój przykładowy, nieidealny, niekonsultowany z dietetykiem jadłospis, który jest przede wszystkim dopasowany do moich dzieci, wygląda w wersji zimowej tak (oczywiście, nie trzymam się ściśle schematu!…tym bardziej, że nie zawsze się wyrabiam z ilością posiłków):

Poniedziałek

Wtorek

Środa

Czwartek

Piątek

Śnia
danie

Płatki pełnoziar.* z susz. morelami i jabłkiem

Kokosowy budyń jaglany z pomarańczą i orzechami

Kasza gryczana niepalona na mleku kokosowym z makiem i dżemem bez cukru

Naleśniki pełnoziar. + banan/dżem/rodzynki/twaróg do smarowania

Płatki pełnoziar. z susz. figami, bananem i cynamonem

II śnia
danie

Zupa soczewicowa**

Chrupki owsiane z czarnuszką

Drożdżówka warzywna

Jabłko

Zupa krupnik

Obiad

Zapiekanka z zielonych warzyw z orzechami

Lazania szpinakowa z wędzonym tofu

Burgery z ciecierzycy + sos czosnkowy

Zupa grochowa

Tortilla z pastą fasolową, ser żółty, pomidor, ogórek kisz., sałata rzym., kukurydza i prażony sezam

Pod
wie
czo
rek

Chałka pełnoziar., dżem 100% owoców + kakao

Chlebek czysto ziarnisty z masłem + mleko

Zielony koktajl (jabłko, jarmuż/szpinak, nerkowce, pomarańcza, mleko soj., 2 daktyle)

Jogurt kakaowy + mrożone maliny

Pomarańcza

Kola
cja

Serek wiejski z chrupkami kukurydzianymi + dodatek miodu

Sałatka z gotowanego kalafiora (mrożonego), sałaty rzymskiej z dodatkiem sera feta, smażonej cebuli i przypraw

Babeczki twarogowe z susz. żurawiną, nasionami chia i płatkami migdał.

Chleb żytni, masło orzech., kiełki, szczypior, pomidor, ser żółty

Jajecznica z ryżem i warzywami

*Kupujemy pełnoziarniste płatki wielozbożowe, które gotujemy na wodzie z dodatkiem mleka, a po ostygnięciu dolewamy jeszcze trochę mleka i dodajemy świeżych owoców.
**Do każdej mojej zupy dodaję jarzynkę w postaci pora, marchewek, pietruszki i selera naciowego. W soczewicowej są jeszcze ziemniaki i dużo przecieru pomidorowego. Do tego wszystkiego garść zieleniny – koperku, pietruszki lub szczypioru.

Zarówno ja, jak i moje dzieci, pijemy do posiłków i między posiłkami przede wszystkim wodę mineralną. Dzieci lubią też herbatę z owoców leśnych albo z malin, którą pijają z tatą. Ja w ciągu dnia wypijam też jedną (maksymalnie dwie) kawę parzoną i jedno kakao gorzkie.

Pod jadłospisem zostawiam miejsce na uwagi (tj. co mam ważnego do zrobienia w dany dzień), a na końcu, w osobnej kolumnie, umieszczam listę zakupów, którą mogę na bieżąco modyfikować.

  1. Wypisać sobie (i powiesić np. na lodówce) listę ulubionych, wartościowych dań na każdy posiłek, które moglibyśmy przygotować, jeżeli zabraknie nam pomysłów (lub składników na zaplanowaną potrawę). Jednocześnie warto mieć w szafce zapas wszelkich zbóż i roślin strączkowych, które da się długo przechowywać, łącznie z puszkami z fasolą czy ciecierzycą. Jak to się może przydać? Ja, kiedy np. zorientuję się, że dzieciaki w ogóle nie zjadły w ciągu dnia strączków, robię na szybko brownie z czerwonej fasoli albo kulki z ciecierzycy (puszka ciecierzycy + 2 łyżki syropu daktylowego/klonowego + odrobina mleka roślinnego + łyżka oleju kokosowego + szczypta cynamonu i aromat waniliowy; wszystko dokładnie zmiksować, wstawić na kilkanaście minut do lodówki, żeby dało się z masy formować kulki, ew. obtoczyć w wiórkach kokosowych i voila – są pyszne!).

  2. Pomyśleć, jakiej części rośliny lub jakiego kolory rośliny jeszcze dziś nie jedliśmy i na tej podstawie zaplanować następny posiłek. Przyda się tu wydrukowanie infografik i powieszenie ich w kuchni, np.:

  1. Podejrzeć strony z menu lub facebookowe fanpage cateringów/barów wegetariańskich i zainspirować się tym, co proponują danego dnia:-)

20161102_141022.jpg

Ad. 3. Jak zacząć i wytrwać? Myśl, działanie i orzechy;-)

Myśl

Są dwie szkoły „przechodzenia” na wegetarianizm – stopniowo i z dnia na dzień. Ja wybrałam tę pierwszą metodę, żeby – jako nastolatka – przygotować na to (psychicznie) moich rodziców. Przez pewien czas jadłam ryby, edukowałam się i próbowałam sama coś gotować. Mój wybór diety był podyktowany światopoglądem. Pytanie retoryczne, które ktoś mi kiedyś zadał: „Skoro lubisz zwierzęta, to czemu je zabijasz?” było dla mnie wystarczającą motywacją, by pożegnać się na zawsze ze smakiem mięsa. Bardzo szanuję osoby, które decydują się na wegetarianizm ze względów zdrowotnych, bo robią to zdecydowanie bardziej świadomie, niż ja kiedyś. Utrzymanie motywacji w takim przypadku wydaje mi się łatwiejsze, jeżeli pamięta się, jaki jest cel: „Chcę zdrowo żyć”. Takie podejście polecam też osobom odchudzającym się. Myślenie: „Nie chcę być gruba i brzydka”, „Nie chcę umrzeć na raka, jak babcia” itp. to zupełnie inna jakość, niż: „Mam tylko jedno ciało. Szanuję je, więc chcę mu dać to, co najlepsze; ono pozwala mi odbierać sygnały ze świata, ono pośredniczy w pomaganiu, dawaniu życia itd. – chcę się o nie troszczyć, być długo sprawna, działać dla innych, dla moich dzieci; podobać się sobie”. Sprawdź – postaw sobie pozytywny cel i przypominaj go sobie, kiedy masz chwilę słabości.
W ciąży (lub podczas laktacji) można jeszcze sobie zadać pytanie: „Czy dałabym to do jedzenia mojemu dziecku?”

Działanie

Znam osoby, które kupują sobie sprzęty do ćwiczeń i w ogóle na nich nie ćwiczą. Osoby kupujące książki kucharskie i nigdy z nich nie korzystające – również. Najtrudniej jest po prostu zacząć. Rozgrzać się i zacząć ćwiczyć na zakupionym urządzeniu. Obudzić się rano, usiąść na łóżku, ubrać leżące obok buty do biegania, bluzę i wyjść pobiegać, choćby na 20 minut. Albo… naszykować wszystkie składniki z przepisu na kuchennym blacie i po prostu robić. Kluczem jest tu: PO PROSTU ZROBIĆ. Skończyć z tym „czytelnictwem” i zabrać się za konkretną rzecz, której przecież chcemy.

Ja kiedyś nie umiałam zrobić zupy, aż do czasu, kiedy wzięłam 2 marchewki, 1 małą pietruszkę, pora, którego podsmażyłam na dnie garnka przed dodaniem pozostałych warzyw i małego kalafiora – w ten prosty sposób powstała prosta, pyszna zupa. Dorzuciłam na koniec poszatkowaną natkę pietruszki, koperek, posoliłam, doprawiłam kozieradką i voila – zaskoczyłam samą siebie.
Jak twierdziło wielu klasyków – nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku.

Dla oszczędności czasu, coby się łatwo nie zniechęcić, możesz:

  1. Robić obiady na 2 dni (zresztą ja sobie tego inaczej nie wyobrażam – no chyba, że danego dnia na obiedzie mam gości, wtedy cała ogromna porcja szybko schodzi);

  2. Mrozić porcje różnych dań obiadowych, przede wszystkim wszelkiego rodzaju kotleciki, pasztety, ciasta drożdżowe, umyte i pokrojone bądź starte warzywa/owoce oraz zupy albo same uduszone warzywka, albo nawet już wymoczone i ugotowane nasiona roślin strączkowych. Kiedy nie masz chwili (bądź siły) na przygotowanie jedzenia, wyciągasz taki „skarb” z zamrażarki, podgrzewasz/podsmażasz/podpiekasz i gotowe;

  3. Szykować część posiłku, kiedy masz wolną chwilę w kuchni, np. w trakcie kolacji zalać płatki pełnoziarniste wodą, żeby rano wystarczyło je jedynie przez chwilę gotować; wyrobić ciasto i odstawić, obrać ziemniaki/marchew i wstawić do gotowania, zalać nasionka chia mlekiem kokosowym na deser itd., a resztę potrawy dokończyć, kiedy przyjdzie na to czas (pamiętając jednak o tym, że owoce/warzywa, które spożywamy na surowo, nie mogą długo czekać poszatkowane/pokrojone, gdyż utleniają się w ten sposób witaminy!);

  4. Robić część zakupów spożywczych przez Internet – w przypadku dobrej jakości, niekonserwowanych owoców suszonych i orzechów, to także oszczędność pieniędzy. Poza tym w ten sposób da się kupić też zbiorcze opakowania zbóż i strączków;

  5. Przygotowywać jadłospisy na kilka dni, a wraz z nimi listę zakupów na dany tydzień, o czym wspominałam już wyżej;

  6. Umówić się z inną, bliską (fizycznie i duchowo;)) osobą na wymienianie się obiadami (raz Ty gotujesz, raz – ona) albo poprosić wspierającą Cię osobę (np. mamę, teściową), żeby upichciła Ci czasem zdrowy posiłek (dla ułatwienia – możesz dać jej przepisy).


Orzechy i inne „mięsne smaczki”

Być może niektórzy wegetarianie posądzą mnie o brak dostatecznej wrażliwości, ale nie widzę problemu w nazywaniu wegetariańskich dań w wiadomej postaci „kotletami”, „zrazami” czy nawet „rybą” i podobnie nie dziwi mnie, kiedy ktoś pyta, w jaki sposób dodać „mięsnego smaczku” (czyli umami) bezmięsnym potrawom, bo – zwłaszcza na początku przechodzenia na „jasną stronę mocy” – ma na to ochotę. Dzielę się więc pewnymi patentami, które powinny pomóc w tej sytuacji:-)

  1. Jedz orzechy. Są kaloryczne, mają dużo białka, a podprażone – np. na odrobinie masła klarowanego czy oleju, dają mięsny posmak, co możesz wykorzystać w zapiekankach, kanapkach czy sałatkach, tworząc w nich orzechową warstwę. Poza tym wspomniane zdrowe kalorie, wartościowe białko oraz kwasy tłuszczowe i minerały zaspokoją Twój fizjologiczny głód. Najlepsze do takich celów są, moim zdaniem, nerkowce, pistacje i orzechy brazylijskie (oraz fistaszki, które de facto orzechami nie są). Pekany i orzechy włoskie polecam w owsiance.

  2. Używaj dobrej jakości sosu sojowego shoyu lub tamari. To zdrowy zamiennik szkodliwych wzmacniaczy smaku, które potrafią przenikać przez łożysko. Możesz go dodać do sosu, sałatki czy zupy.

  3. „Ser żółty”, wytrawna posypka, zasmażka – to tylko niektóre z możliwości wykorzystania drożdży nieaktywnych, które również dadzą mięsny posmak Twoim potrawom. Ja najczęściej sypałam je przed końcem gotowania do zupy albo sosu, ale świetnie sprawdzały się też na pieczonym kalafiorze. Niektórzy robią z nich wegański ser.

  4. Ukłoń się panu Maillardowi i usmaż sobie coś, najlepiej w panierce z bułki tartej;-) Może nie jest to najzdrowsza propozycja, ale nie o takich w tym punkcie mowa. To, co nadaje smaku mięsu (i nie tylko), poza solą czy przyprawami, to przede wszystkim obróbka termiczna, a konkretniej: zachodzące w trakcie niej reakcje Maillarda. Wszystko jednak z umiarem – poza tym, że podczas smażenia czy pieczenia część składników odżywczych jest tracona, to wciąż nie do końca jest wyjaśniona kwestia powstawania szkodliwego akrylamidu w wysokich temperaturach.

  5. Jedz regularnie i w sposób urozmaicony. U mnie najlepiej sprawdza się 4-5 małych posiłków co 3-4 godziny, dzięki czemu nie mam gwałtownych spadków energii i wilczego głodu (ciężarne w II czy III trymestrze powinny doskonale wiedzieć, o czym piszę, wszak łożysko produkuje grelinę, „hormon głodu”, który skłania nas do częstszego przyjmowania pokarmów), a organizm zużywa na bieżąco to, co otrzymuje, bez konieczności magazynowania (w postaci „tłuszczyku”;)). Urozmaicony jadłospis natomiast sprawia, że dostarczam sobie tego, co potrzebuję i bez większego problemu utrzymuję motywację do zdrowego odżywiania.

  6. Rób sobie codziennie zdrowe podwieczorki. Nawet cateringi dietetyczne mają je w menu na każdy dzień! Ja nie mogę się obejść bez zdrowej słodyczy, szczególnie, jeżeli wiąże się to z eksperymentowaniem. Przykładowe podwieczorki u mnie to wszelkie ciasta bez cukru (słodzone daktylami, bananami, syropem daktylowym, ksylitolem lub ew. miodem), koktajle, kulki bakaliowe lub ciecierzycowe i kakao na mleku, które pochłaniam dzień w dzień (oczywiście to gorzkie, a nie „gotowiec”, w którym dominującym składnikiem jest cukier; ja daję do mleka 1-2 łyżeczki gorzkiego kakao, 1/4 łyżeczki ksylitolu i podgrzewam).

    20170103_142209

Ad. 4. Suplementacja w praktyce – co u mnie działało

  • Witamina B12 – w roślinach, chlorellach, spirulinach itp. nie znajdziemy wit. B12, która robiłaby naszemu ciału dobrze. Są tam jedynie jej analogi, które nie dość, że nie działają, to jeszcze utrudniają przyswajanie tej właściwej wersji. W jajach i nabiale natomiast znajduje się dobrze przyswajalna witamina B12, lecz prawdopodobnie będzie jej za mało, by zaspokoić nasze zapotrzebowanie (tym bardziej, gdy jesteśmy w ciąży lub w trakcie laktacji albo należymy do osób w starszym wieku). Stąd bezdyskusyjna konieczność suplementacji, niezależnie od tego, co jakiś magik, znachor lub ktokolwiek, będzie nam mówił.
    W praktyce: ja stosowałam kilka razy w tygodniu wit. B12 firmy Solgar, bo to był jedyny suplement z tak dużą dawką. Dzieciom natomiast, po ukończeniu 1. r.ż., podaję witaminę B12 w kroplach firmy Svanson (innej w kroplach nie znalazłam, będę wdzięczna za info, gdyby ktoś mi polecił).

  • Witamina D – od października do kwietnia powinni ją suplementować wszyscy mieszkający na naszej szerokości geograficznej. Najlepiej poprosić lekarza o receptę na Vigantol lub Devikap, czyli LEK (a nie suplement diety), żeby mieć gwarancję jakości tejże witaminy. Niemniej sporo osób zachwala produkt firmy Dr. Jacob’s, dostępny bez recepty.

  • Kwas DHA – ma zapobiegać przedwczesnemu porodowi i depresji poporodowej, natomiast u płodu, a potem u dziecka karmionego piersią, wspierać rozwój układu nerwowego, zatem warto go brać przez całą ciążę i pierwsze 6 mies. karmienia piersią (potem można wprowadzić u dziecka suplement z DHA).
    Wersję wegetariańską DHA, czyli z alg, produkuje Prenatal i Dr. Jacob’s w postaci DHA-EPA. Być może wkrótce okaże się, że tych firm jest więcej.

  • Żelazo – suplementem, który mogę z czystym sumieniem polecić, jest Floradix – żelazo w płynie. Delikatne, nie powodujące zaparć, no i naprawdę ładnie podnoszące poziom hemoglobiny we krwi (mam porównanie także z żelazem w postaci leku, który wymiękł przy tym „suplu”) 😉 Inne czary, działające na wynik Hb, to regularne picie herbaty z pokrzywy, dodawanie dobrej jakości sproszkowanej trawy z młodego jęczmienia do posiłków czy legendarne napoje z naci pietruszki oraz banana – u każdego jednak suplementy żelaza, jak i triki, działają inaczej: czasem mniej, czasem bardziej skutecznie.

  • Kwas foliowy – dobrze jest brać go już przed ciążą, ale różnie to bywa – wiadomo;) Ja przyjmowałam ten firmy Solgar.

  • Kompleks witamin i minerałów – od czasu do czasu stosowałam „Witaminy i minerały prenatalne” firmy Solgar lub FalvitMama.

    20161201_115831.jpg

Ad. 5. Książki i strony www, które lubię i polecam

Książki

Mi chyba najwięcej dały książki „Dieta roślinna na co dzień” Julieanny Hever i „Odkrywam macierzyństwo” Preeti Agrawal. Mam też w domu „Matkę wegetariankę i jej dziecko”, „Zdrowego malucha. Poradnik żywieniowy dla rodziców”, którymi się inspirowałam. Tu jest wymienione jeszcze więcej książek łącznie z ocenami, także te na okres rozszerzania diety niemowlęciu: http://lubimyczytac.pl/ksiazki/polka/18199/wegetarianizm-i-kulinaria/1. Przypomnę, że IŻŻ opublikował normy żywienia dla Polaków, które zawierają wytyczne także dla kobiet w ciąży. Ich pdf jest do ściągnięcia za darmo z Internetu. Z pozycji książkowych dla wegan i wegetarian godną polecenia jest „Vegan for life” (w języku angielskim; gdzieś, kiedyś była do ściągnięcia w Internecie).

Oprócz tego bardzo lubię kuchnię żydowską (sporo w niej jarskich potraw), więc korzystam z książek jej poświęconych. Najwięcej jednak eksperymentuję na własną rękę, korzystając z bazowych przepisów, które znajduję w Internetach:)

Strony www:

www.puszka.pl – moja ulubiona strona internetowa z przepisami wegetariańskimi; można wyszukiwać konkretne dania lub sugerować się tymi najwyżej ocenianymi

www.goscinneprogi.pl – zawiera dobre 50 przepisów na kotleciki wegetariańskie wszelkiej maści

www.dziecisawazne.pl – jest tam kilka wpisów z wegetariańskimi przepisami, polecam jednak także artykuły nt. relacji z dziećmi

www.kwestiasmaku.com

www.weganon.pl

www.ervegan.com

www.jadlonomia.com

http://www.smakoterapia.blogspot.com

www.przyzielonymstole.blogspot.pl

www.codzienniefit.pl (w przepisach na tej stronie zwykle zastępuję mięso wędzonym tofu albo podsmażonymi orzechami)

Dzięki za uwagę! Życzę powodzenia i radości z macierzyństwa oraz wegetarianizmu 🙂
Wegetariańska Matka Wielodzietna

Entomoklimaty dla każdego

Opanowały prawie każde miejsce na ziemi. Są zdolne, tajemnicze, doświadczone ewolucją i potrzebne ekosystemom. Zwykle ich nawet nie zauważamy, dopóki nie zaczną nam dokuczać. Czyli kilka słów o owadach.

Pomyśl przez chwilkę, jakie skojarzenia budzi w Tobie słowo „owad”.

U mnie, niestety, zwykle na pierwszy plan wysuwa się cała gama konotacji z komarem. Łatwo jest bowiem zapamiętać to, co nas denerwuje. Do tych małych krwiopijców i im podobnych świat owadzi jednak się nie ogranicza. Wiele owadów jest wręcz warunkiem koniecznym istnienia ekosystemów – albo ich stabilności, stanowi pokarm dla szerokiej grupy zwierząt (w tym pożytecznych owadów walczących ze szkodnikami, np. niektórych chrząszczy, jak biedronka, czy błonkoskrzydłych, do których należą mrówki), uczestniczy w obiegu pierwiastków w przyrodzie, np. poprzez rozkładanie materii; trudno nie wspomnieć także o zapylaniu do 80% wszystkich gatunków roślin, dzięki którym mamy pożywienie i nie tylko. Poza tym, nie są to też znowu takie prymitywne istoty – na poziomie somatycznym posiadają prosty układ nerwowy, wielokomorowe serce, a także przełyk, jelito
i żołądek. Rozwój (przeobrażenie) jest sterowany hormonalnie. Niektóre owady tworzą struktury społeczne oraz operują dosyć skomplikowanymi komunikatami (np. zwiadowczynie wśród pszczół miodnych potrafią poinformować zbieraczki o odległości do bazy pokarmowej, jej położeniu względem kierunków świata, a nawet gatunku rośliny na pożytku). Może niektórym z Was nasunie się pytanie, czy w kontekście powyższych danych zwierzęta te są zdolne do odczuwania bólu. Zgodnie z dostępną mi wiedzą, nie przeprowadzono na ten temat wystarczającej ilości badań. Niemniej jednak, choćby ze względu na troskę o różnorodność biologiczną, warto je chronić.

Ochrona bezkręgowców jest trudna do zrealizowania w praktyce. Większość gatunków owadów na świecie jest wciąż niepoznana (określa się, że między 80 a 95% – w zależności od autora), co sprawia, że trudno również oszacować liczbę gatunków zagrożonych, brakuje też entomologów, czyli ekspertów w tej dziedzinie, a przede wszystkim – przeciętni obywatele zwykle nie potrafią rozróżniać poszczególnych owadów. Wydaje się, że bezsensownym byłoby zatem zapisywanie opasłych aktów prawnych systematyką bezkręgowców, jeżeli trudno egzekwować ich ochronę (w tym momencie ochroną prawną jest objęte ok. 1% bezkręgowców). W związku z tym najlepszym rozwiązaniem jest dbałość o siedliska występowania tychże zwierząt, dla których największym zagrożeniem jest niszczenie ich środowiska życia, wycinka drzew, stosowanie chemicznych środków ochrony roślin, intensyfikacja rolnictwa, usuwanie uszkodzonych czy martwych drzew czy wypalanie traw. Co sami możemy zrobić? Nie kończyć obsadzania ogródka jedynie na tujach, lecz postarać się o obecność roślin, które będą kwitły
o różnych porach roku; pozostawiać zadrzewienia, miedze wśród pól, sterty kamieni, liści – wszędzie tam bezkręgowce znajdą schronienie. Ba, żeby się o tym przekonać, wystarczy na pewien czas położyć kamień w ogrodzie i wrócić do niego za parę dni – z dużym prawdopodobieństwem na spodniej stronie spotkamy jakiegoś przedstawiciela tej grupy stworzeń. Warto taki eksperyment przeprowadzić z dziećmi – i nawet jeżeli nie będziemy potrafili podać ciekawskim maluchom nazwy gatunkowej bezkręgowca, możemy pozwolić im nazwać istotę „po swojemu”. Bardziej zainteresowanym dzieciom stwórzmy okazję do stykania się z większą ilością bezkręgowców i napisania własnego przewodnika po okolicznej faunie. Najważniejsze to zainspirować dziecko i zaciekawić, by popatrzyło na przyrodę ze szczególnej perspektywy – perspektywy czegoś bliskiego, „mojego”, a więc zasługującego na uwagę i troskę. To przekonanie może zaowocować stabilną postawą wrażliwości i empatii względem przyrody. Niech jednak pociechy nie będą jedyną motywacją – sami zainteresujmy się, czy czasem pod odstającą korą pobliskiego, starego drzewa nie znajduje się jakiś skarb, np. ciekawy owad lub chociażby jego odchody. Takie doświadczenie potrafi wzbogacić nasze życie.

„Wszystkie wiersze są w bukach” pisał Harasymowicz (w którego poezji kochałam się od początków liceum za sprawą festiwali „górskiej” poezji śpiewanej), dla mnie zaś  – podczas ubiegłotygodniowego szkolenia z najlepszych praktyk w ochronie owadów w Nadleśnictwie Milicz – wszystkie zachwyty były w bukach. Dzielę się więc zdjęciami buczyn, ale też fotografiami przedstawiającymi mielerz oraz lizak, czyli zastępcze schronienia dla jelonka rogacza. Wkrótce napiszę również nieco więcej o modnej ostatnio (i słusznie, rzecz jasna!) rodzinie pszczół.

Zainteresowanym projektem, w którym uczestniczyłam, podaję stronę internetowej, gdzie opublikowano – uwaga – całą serię świeżutkich podręczników z zakresu ochrony siedlisk
i gatunków, do pobrania za darmo
:  http://www.bestpractice-life.pl/aktualnosci/podreczniki-najlepszych-praktyk-do-pobrania.html. Gorąco polecam lekturę!

DSC00689
Jaszczurka żyworodna
DSC00752
Lizak dla jelonka rogacza
DSC00732
Mielerz dla jelonka rogacza
DSC00751
DSC00784 Ślady obecności kozioroga dębosza
DSC00696
Wszystkie zachwyty są w bukach

DSC00692 DSC00675 DSC00678 DSC00697   DSC00776  DSC00762

Pod namiot z małym dzieckiem

Wyjazd z dzieckiem pod namiot to nie lada wyzwanie (przynajmniej logistyczne). Da się jednak tego dokonać – nie myślcie nawet, jakie to może być ciekawe zarówno dla rodziców jak i dziecka…

Niektórzy wybierają namiot z sentymentu do młodzieńczych lat, niektórych sytuacja finansowa przymusza do wyboru najtańszej opcji urlopowej, a jeszcze innym biwakowanie wydaje się po prostu wartościowe. Choć oszczędności poczynione na korzystaniu z pola namiotowego, zamiast kwater prywatnych czy pensjonatów, były dla mnie nie do przecenienia na początku studiów, to jednak zdecydowanie zaliczam się do tej grupy ludzi, dla której biwak to frajda i możliwość korzystania w pełni z uroków okolicznej przyrody. Dlatego też nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby z tego zrezygnować z tytułu pojawienia się w moim życiu dziecka. Jest to teraz przedsięwzięcie trudniejsze pod względem logistycznym, ale wciąż przyjemne i doładowujące akumulatory. Dla tych, którzy również myślą o wakacjach pod namiotem z małym dzieckiem, przygotowałam kilka wskazówek technicznych oraz pomysłów na spędzanie czasu w lesie.

  1. Wybór miejsca

Na wstępie zaznaczę, że w moim rozumieniu udany odpoczynek na biwaku może mieć miejsce jedynie, gdy wybierzemy opcję leśnego/łąkowego pola namiotowego, które w żadnym wypadku nie jest „spendem” ludzi nie szanujących ani siebie nawzajem, ani przyrody, czyli powszechnego zjawiska w kurortach. Niestety, pola biwakowe przy ośrodkach wypoczynkowych (zwłaszcza nad morzem) często tak wyglądają, dlatego ja zwykle szukam miejsc oddalonych od zorganizowanych placówek, od wiosek (niebezpieczeństwo kradzieży ze strony miejscowych), przy mało popularnych i czystych jeziorach (zwykle jedno idzie
w parze z drugim), z – co najwyżej – zapewnionymi prysznicami. Uważam, że warto udawać się na biwaki w parkach narodowych/krajobrazowych ze względu na specyfikę miejsca, jak
i turystów. Ułatwiającym podjęcie decyzji portalem z inicjatywy Lasów Państwowych (także, gdy chcemy wybrać agroturystykę) może się okazać www.czaswlas.pl, szczególnie, że niektóre obiekty są dobrze opisane i/lub zrecenzowane. Przyznam, że ostatnio świetnie trafiliśmy – nad legalny biwak w rezerwacie nad czystym jeziorem – z polecenia znajomego przyrodnika
z Piły, ale też dzięki możliwości obejrzenia pola na wspomnianym portalu.

Jeśli chodzi o czystość wody, nad którą planujemy się wybrać, można ją w części przypadków sprawdzić na stronach Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska dla danego obszaru, ew. w rządowym serwisie kąpieliskowym (dla kąpielisk publicznych, których nie polecam jako noclegowni: www.sk.gis.gov.pl).

  1. Podstawowy ekwipunek

Najlepiej, jak najmniej, co by mieć nad wszystkim kontrolę 🙂 Szczególnie, gdy posiadamy tylko namiot z niskim przedsionkiem. Oczywiście nie warto oszczędzać na dziecku – ze względu na jego bezpieczeństwo i komfort. Mam tu na myśli przede wszystkim zabranie gondolki/spacerówki, zamiast samego stelaża wózka i fotelika samochodowego (jest on bowiem skonstruowany tak, by zapewniać maksymalną ochronę, nie zaś wygodę i super ergonomiczną pozycję ciała, w związku z tym niezdrowe jest dla malucha odbywanie wypraw po okolicy w foteliku), przyda się też nosidło ergonomiczne (byle nie „wisiadło” pokroju Babybjorn, szkodliwe dla układu kostnego dziecka!) lub chusta, duża ilości ubrań, by można było zawsze zmienić je na suche (i przy okazji – nie prać na urlopie;-), osobny materacyk (żeby i dziecko, i rodzice mogli się wyspać), śpiwór, koc z termoizolacją, który można rozłożyć jako stanowisko do zabawy, specjalne wiaderko do kąpieli i/lub prysznic turystyczny (jeśli ciepła woda nie jest dostępna na miejscu). Przydatna będzie też kuchenka turystyczna, by móc zapewnić dziecku zdrowe pożywienie, a nie tylko „słoiczkowe”, oraz spora ilość zabawek – zwłaszcza, gdy przewidziane są deszczowe dni. My nie musimy pamiętać o kartach ani grze planszowej, wszak maluch zapewni nam rozrywkę w każdej wolnej chwili 😉 Jedną
z podstawowych rzeczy jest także latarka, a najlepiej kilka sztuk. Można również wziąć świecę, którą przytwierdzimy woskiem do leśnego stolika z pnia, by dawała nam światło podczas kolacji lub szykowania ogniska. Warto pamiętać o dobrym środku odstraszającym owady, w tym meszki, a także kleszcze. Do podstawowego wyposażenia powinniśmy zaliczyć także apteczkę
z pęsetą na wypadek ukąszenia kleszcza, środkiem odkażającym (np. Octenisept), kilkoma plastrami. Środki czystości czy kosmetyki do ciała najlepiej wybierać wśród naturalnych serii, które są mało szkodliwe zarówno dla nas, jak i środowiska – dla dzieci, np. łatwo dostępne
i porządne produkty Babydream z Rossmanna (polecam analizy chemiczne na stronie: http://www.srokao.pl); dla rodziców – Alterra, również Rossmannowska. Trzeba podkreślić, że nawet brak sanitariatów nie zwalnia nas z troski o przyrodę – niedopuszczalna jest kąpiel
w jeziorze/rzece z użyciem kosmetyków myjących czy mycie naczyń środkami chemii gospodarczej. Wystarczy nabrać wody do miski i kilka(naście) metrów od akwenu wykopać dołek, w którym będziemy wykonywać takie czynności. Warto pamiętać też o produktach spożywczych, jakie być może trudno będzie nam dostać na miejscu, czyli np. wszelaka żywność ekologiczna czy gotowe produkty dla wegetarian.

Cóż, trzeba przyznać, że zabierając dziecko (a tym bardziej więcej małych ludzi, niźli tylko pierworodna/y) trudno jest się zapakować do samochodu rozmiarów „miejskich”, szczególnie z nadwoziem sedana (nam było ciasno w kombi;-). Jeżeli bierzemy też fotelik rowerowy lub inne dodatkowe sprzęty, należy zawczasu pomyśleć o wypożyczeniu przyczepki lub bagażnika, jeżeli takowych nie posiadamy – namiot czy śpiwory starej generacji zajmują naprawdę sporo miejsca.
Co warto jeszcze wziąć? Być może innych znajomych z dziećmi, żeby było nam raźniej
i radośniej albo żeby chociaż dało się wyjść we dwójkę na kajak, pozostawiając niemowlę pod ich opieką;-)

  1. Kilka pomysłów na „jednogarowe” posiłki

Zapewne większość osób zna zasadę tworzenia zupy – „jarzynka” (marchew, korzeń i nać pietruszki, seler, por) + roślina „główna” (pomidor, ogórek, groch, soczewica, kasza jęczmienna itd.). My robiliśmy przede wszystkim sycące zupy ze strączkowych, których nie trzeba moczyć, czyli soczewicy, połówek grochu łuskanego, fasolki mung, ew. krupnik lub zupę dyniową z dyni hokkaido, której nie ma potrzeby obierać.
Makarony również sprawdzają się jako podstawa dań „jednogarowych” – można do nich dodać wszelakie warzywa i sosy. Sprawdzi się też ryż brązowy wyjęty z woreczka z kawałkami warzyw – oba składniki wrzucone do gara i gotowane powinny zmięknąć w podobnym czasie.
Można również przygotować placki na patelni bez tłuszczu – mieszając jajo, mleko, mąkę
i dowolne owoce (banany, porzeczki, truskawki, jeżyny, maliny). Świetnie wychodzą też
z dodatkiem samych bananów (również – zamiast jaj) 😉

  1. Zabawy w lesie

Las jest niesamowitym środowiskiem. Jest pełny zależności, żywy, obfitujący w różnorakie kształty, dźwięki, zapachy i smaki, a przy tym ma ujemnie zjonizowane powietrze, które na wejściu wprawia nas w lepsze samopoczucie. Z pewnością da się wymyślić w nim zabawę dla dziecka w każdym wieku. Jednocześnie daje nam to okazję do edukacji przyrodniczej. Dla strwożonych własną niewiedzą w tej kwestii, słowa pocieszenia od Adolfa Dygasińskiego: „Usiłując poznać i wytłumaczyć przyrodę, zyskujemy najpewniejsze poznanie samych siebie, nawet wtedy, kiedy błądzimy w poznawaniu przyrody”;) Myślę, że najważniejsze, to pokazywać małemu człowiekowi zależności, jakie występują w otaczającym nas świecie, ponieważ wszystko jest
w pewien sposób ze sobą powiązane – to samo podkreślał Lewis Thomas, XX-wieczny lekarz
i poeta: nie ma istot prawdziwie samotnych. Tzn. jeśli pokazujemy dziecku roślinę i potrafi ono już operować pewnymi abstrakcjami, możemy mu wyjaśnić, że ten oto organizm potrzebuje do wzrostu wody i soli mineralnych, słońca, dwutlenku węgla, ale także bakterii, grzybów czy innych roślin albo zwierząt, z którymi tworzy ekosystem. Warto sobie uświadomić (i uświadamiać to dzieciom), że my, ludzie, jesteśmy częścią ekosystemu i tak właśnie powinniśmy się czuć, i funkcjonować. Każde nasze działanie ma moc wywołać w nim jakąś reakcję, przy czym powinniśmy chwalić u dziecka nawet najdrobniejsze gesty sprzyjające ochronie przyrody. Należy również kłaść nacisk na szacunek dla wszelakiego bytu, co trafnie ujęto choćby w Światowej Karcie Przyrody z 1982 r.: „Każda żywa istota jest wyjątkową i zasługuje na szacunek, jakakolwiek byłaby jej użyteczność dla człowieka, i aby uznać istotną wartość innych organizmów żyjących, człowiek powinien kierować się kodeksem moralnym postępowania”.

Wracając do zabaw leśnych, możemy:

  • Pokazywać i dać dotknąć niemowlęciu liście, pnie i kwiatostany bądź owoce różnych gatunków roślin; mojemu dziecku bardzo podobały się iglaki – dotykał ich gałęzi
    i chichotał 😉 Sporo czasu zajęło mu zaprzestanie wkładania sobie do buzi opadniętych igieł, za to uwielbiał bawić się szyszkami. Biorąc pod uwagę, że w szczypcie leśnej gleby są miliardy komórek bakteryjnych (oczywiście, nie samych potencjalnie chorobotwórczych!), jego układ immunologiczny musiał wejść na kolejny stopień wtajemniczenia;-)
  • Wcielać się w role napotkanych zwierząt, udawać ich ruchy, mówić ich głosem, opowiadać w ich imieniu o biologii i możliwościach uszanowania ich obecności czy ochrony albo po prostu wzbudzić u dziecka sympatię do tych stworzeń poprzez moderowanie empatycznej rozmowy 😉
  • Obserwować wspólnie zwierzęta – zwłaszcza o świcie lub o zmroku, najlepiej z użyciem lornetki, która uatrakcyjni czynność, ale także szukać tropów różnych zwierząt, choćby było to szukanie nory lisa czy rozróżnianie szyszek nadgryzionych przez wiewiórkę i przez mysz leśną (warto zaopatrzyć się przy tym w specjalną książkę, np. profesjonalną „Sztukę tropienia zwierząt” Jędrzejewskiego i Sidarowicza);
  • Zbierać różne liście, ułożyć z nich jakiś wzór, odłożyć do zasuszenia lub użyć jako część naszego własnego ogrodu zbudowanego także z patyków, szyszek, żołędzi, jarzębiny itd.
  • Stworzyć mikro park z rezerwatami i atrakcjami turystycznymi, a następnie opowiedzieć
    o nim;
  • Przygotować własny zielnik (np. fotograficzny) albo chociaż kronikę podróży po cennych przyrodniczo miejscach (my właśnie takie cuś prowadzimy) – dla dziecka może być motywacją samo zbieranie pieczątek w siedzibach parków narodowych/krajobrazowych,
    a każdy powód jest dobry, żeby wybrać się w zielone 😉
  • Zrobić łuk, a potem siedzieć i dziergać groty strzałek… Albo chociaż łódkę z kawałka kory.
  • Upleść wianek, zbierać jagody lub jeżyny, ułożyć płaskorzeźbę z kamieni lub szyszek.
  • Pojechać do leśniczówki i porozmawiać z leśniczym.
  • Policzyć odnóża napotkanego owada, ilość kropel rosy na pajęczynie czy kropek na biedronce.
  • Stworzyć zapachowe pojemniczki – zebrać parę kwiatków lub innych wonności, np. do plastikowego kubeczka. Albo poszukać silnie barwiących roślin i namalować nimi obrazek na kartce. Tymczasowe obrazy możemy również stworzyć malując mokrym palcem na głazie.
  • Zbudować szałas! I najlepiej zakupić sobie jakiś podręcznik survivalowy, by czerpać
    z niego inspirację do innych wyzwań, np. rozniecania ognia, zbierania wody czy magazynowania żywności.
  • Poszukać: pierwszej gwiazdy, najwyższego drzewa, huby, grzybów jadalnych, śladów obecności bobra, gniazda ptaków, kamienia lub zmurszałego drewna, żeby poobserwować bezkręgowce, …północy na podstawie obecności porostów od tej strony świata na korze drzew.

To tylko część pomysłów, które przyszły mi teraz do głowy, zabaw jest znacznie więcej – wystarczy uruchomić wyobraźnię i na bieżąco obserwować, co ciekawego dzieje się dookoła nas. Zawsze trzeba być zaopatrzonym w uśmiech i dać sobie chwilę na zrelaksowanie się, by bez zbędnego napięcia skupić się na dobrej zabawie. Powodzenia! 🙂

Dziecko lasu

W nosidleW jeziorze  Spanie pod chmurką

Żywioły łączą ludzi

„Environment – connecting people” można by rzec za pewną reklamę. I, o ile w życiu zawodowym, prawdziwych przyjaciół poznaje się raczej w szczęściu i sukcesie, to mając do czynienia z przyrodą, to znane powiedzenie przyjmuje pierwotne brzmienie.

Dobrych kilka lat temu przeczytałam pewne zdanie w mało ambitnym poradniku, zabranym ukradkiem starszemu kuzynowi, które utkwiło mi w pamięci, a brzmiało mniej więcej tak: jeżeli chcesz się przekonać, czy dana dziewczyna to TA, zabierz ją na 2 tygodnie pod namiot. Spodobała mi się ta sugestia i stwierdziłam, że jest w niej sporo prawdy, bo cóż może bardziej złączyć (lub sprawdzić i oddalić) ludzi, niż wspólne okopywanie namiotu w środku nocy podczas ulewy lub burzy z piorunami, noszenie ciężkich butli z wodą do gotowania
i mycia, kąpiele w jeziorze lub rzece przy niskiej temperaturze powietrza, zmagania z lisami, które podkradają jedzenie z przedsionka czy innymi elementami przyrody, od jakiej oddzieleni jesteśmy li tylko cienką i łatwopalną (oraz wszelkie inne „łatwo-„) warstwą materiałowego „dachu”?

Jesteśmy istotami społecznymi, ujawnia się to tuż po naszych narodzinach. Mimo opinii niektórych „treserów dzieci”, noworodki i niemowlęta mają w sobie naturalnie zakodowaną chęć współpracy z dorosłymi. Potrzebują ich bliskości (tej fizycznej – przede wszystkim do rozwoju), chcą ich naśladować, uczyć się od nich, przebywać z nimi, być częścią społeczności. Nie jesteśmy samotnymi wyspami, do pełni szczęścia lub do pomocy często potrzebujemy towarzysza naszego gatunku. Doświadczanie przyrody z innymi ludźmi buduje silne poczucie wspólnoty, którego rzadko można posmakować podczas zwykłych plotek czy spotkań przy piwie. Mężczyźni zapewne wiedzą o tym doskonale, gdyż ich przyjaźnie kształtują się właśnie przy wspólnym działaniu. Nie jest to jednak domena wyłącznie osobników płci męskiej…

Chcę Cię zainspirować do poszukania kontaktu z żywiołami i spędzenia najbliższego wolnego czasu w ich otoczeniu, najlepiej z innymi osobami. Oto kilka pomysłów:

  • wypad pod namiot – choćby do najbliższej, bezpiecznej do rozbicia się, ostoi przyrody; osobiście polecam pola biwakowe parków narodowych i krajobrazowych całego pojezierza;
  • kajaki – najlepiej spływ przełomem; można je wypożyczyć także w miastach położonych nad rzekami; zapewniam, że woda jest żywiołem nawet, jeśli to tylko krótka wyprawa po Odrze; da się też dla rozrywki spróbować przejść przez rzekę w przyzwoitym do takiego celu miejscu, np. z rowerem na barkach – ja bardzo cenię sobie takie doświadczenia, ponieważ w zadowalający sposób podnosiły mi poziom adrenaliny, no i umożliwiły pierwsze spotkanie z pijawką…
  • góry – nie tylko duża ekspozycja może dostarczać emocji; zaplanowanie ciekawej trasy, np. z noclegiem w schronisku, również może się nadawać na wspomnienie na lata;
  • rajd [na orientację], pielgrzymka – wystarczyć znaleźć wydarzenie typu Tropiciel, Harpagan, jakiś klub turystyczny czy duszpasterstwo akademickie/inną wspólnotę, które nie stronią od takich przedsięwzięć;
  • survival – bardziej zorganizowany, np. po nadbiebrzańskich bagnach (http://www.biebrza.com – koniecznie ze wspaniałą Katarzyną Ramotowską) lub w wersji „homemade” np. z przewodnikiem po dzikich roślinach jadalnych Łukasza Łuczaja w ręku;
  • wolontariat – jest dosyć szeroka oferta wolontariatu przyrodniczego: w parkach narodowych, stowarzyszeniach (np. OTOP – liczenie wodniczki; Ekostraż – ochrona humanitarna zwierząt), ośrodkach rehabilitacji zwierząt dzikich (np. w Przemyślu: http://www.orzw.pl), w ramach workcampu za granicą (http://www.workcamps.info) i inne, które da się znaleźć w zgodzie ze swoimi zainteresowaniami przy odrobinie wysiłku;
  • zwiedzanie najbliższego obszaru Natura 2000 – można się zdziwić, jak blisko naszego miejsca zamieszkania jest taki obszar – wystarczy sprawdzić na stronie http://www.geoportal.gov.pl (na stronie Natura 2000 jest opis, jak wyświetlić siatkę obszarów „Naturowych” na mapie rządowej);
  • nocny wypad na łąkę lub do lasu – po wyłączeniu latarki, „włączą się” się inne zmysły, niż wzrok; odrobina strachu jedynie wzmocni czujność – i to wspaniały moment, by posłuchać dźwięków nocy;
  • czytanie Edwarda O. Wilsona na dworze/balkonie/tarasie 😉

A jeżeli naprawdę brakuje Ci na te aktywności czasu, znajdź chociaż od 2 do 10 minut dziennie, by usiąść w spokoju i wpatrzyć się w wybrany, „zielony” punkt – drzewo za oknem, krajobraz na fotografii – i nie myśleć o niczym innym, jak tylko to, co jest tu i teraz. Warto.

Pełnia mocy

Ufundowane przez przyrodę

Przyroda daje możliwość rozwijania zmysłów i percepcji, wspomaga kreatywność, ćwiczy umiejętność współpracy, wzmacnia instynkt samozachowawczy. To wartości wręcz pożądane w procesie wzrastania małego człowieka. W dodatku przyroda jest (prawie) wszędzie, najczęściej dostępna zupełnie za darmo. Wystarczy odrobina uwagi, pomysłowości i otwartości na potrzeby dziecka ze strony rodzica.

W końcu nadeszło oczekiwane przeze mnie ochłodzenie. Po południu zamotałam synka
w nosidle i wybraliśmy się na spacer po okolicy w poszukiwaniu rozwijającego niemowlęce zmysły kontaktu z przyrodą. Zaczęliśmy od podwórka, na którym rośnie naprawdę „płacząca” wierzba, zaraz obok naszego mieszkania. Najpierw podeszliśmy zapoznać się z liśćmi (i owadami, które na nich siedziały), a potem odsunęliśmy się i wbiegliśmy w zwisające gałęzie dając się nimi muskać po twarzy. Czesio bardzo się przy tym śmiał, więc powtórzyliśmy tę czynność kilka razy. Następnie obeszliśmy całe podwórze, żeby sprawdzić, co teraz kwitnie i, oczywiście, powąchać kwiaty.

Kolejnym przystankiem był już rozłożysty kasztanowiec rosnący samotnie przy bibliotece miejskiej. Weszliśmy pod jego koronę, by dotrzeć do pnia i przyjrzeć się jego fakturze. Kora drzewa jednak zupełnie nas nie zainteresowała, ponieważ napotkaliśmy ważkę! Cierpliwie siedziała na młodych listkach i nie dawała się spłoszyć narastającym podmuchom wiatru. Ruszyliśmy w kierunku muru starego cmentarza żydowskiego, który okazał się wyjątkowo ciekawy dla mojego syna. Maluch wyciągnął rączkę i z zafascynowaniem dotykał chropowatej powierzchni ogrodzenia. Co parę metrów musiałam przystawać, gdyż Czesiek chciał badać zmieniające się fragmenty muru, w każdym miejscu oznaczone innym graffiti. Jego uwagę przykuła szczególnie wyrwa w zewnętrznej warstwie, spod której wystawały czerwone cegłówki urozmaicane zakurzonymi pajęczynami. Synek zaczął drapać w tym miejscu intensywnie, a jego pulchna, mała rączka powoli rumieniła się od ścieranej cegły. Po drodze słyszeliśmy również kosa śpiewającego najprzyjemniejszą dla mojego ucha ptasią melodię, lecz Czesiowi trudno było go wypatrzeć na wystającym zza ogrodzenia cmentarza wysokim jesionie.

Przy ruchliwej ulicy akurat stał wóz straży pożarnej, ponieważ paliły się pobliskie krzaki. Przyglądaliśmy się przez chwilę pracy strażaków i przemieściliśmy się do parku. Osnute gęstymi chmurami niebo powoli zaczęło spuszczać krople deszczu na spragnioną zieleń, więc pozostaliśmy w parku tylko chwilę, obserwując kolejnego kosa, który trzymał w dziobie dżdżownicę i sprawnie uciekał przed nami po wąskiej powierzchni płotu okalającego park.

Zawróciliśmy do domu, a deszcz coraz mocniej padał. Kos na jesionie nadal wytrwale śpiewał. Zajrzeliśmy też pod kasztanowca, do ważki. Ona również spokojnie siedziała. Zwierzętom nigdzie się nie spieszyło, były całym swym jestestwem zanurzone w chwilę obecną. A my, nieustannie przytuleni do siebie, wróciliśmy do domu wzbogaceni nowymi doznaniami. Dla malucha, który wnikliwie bada każdy wzięty do ręki (lub buzi 😉 przedmiot, bystrze przygląda się każdej nowej rzeczy, była to na pewno rozwijająca wyprawa, wzbudzająca ciekawość, ucząca obserwować, mi zaś pozwoliła zrelaksować się i docenić lekceważone codziennie przez moją uwagę elementy otaczającej zieleni.


Przypomnij sobie, co sprawiało Ci najwięcej radości w podwórkowych zabawach. Pomyśl, kiedy ostatnio cieszyłeś się z usług estetycznych, jakie oferuje Ci zieleń obok miejsca Twojego zamieszkania.
Pada deszcz, obniża się ciśnienie, zaczyna boleć Cię głowa – właśnie to jest dobry moment, by wyjść do parku/lasu, przekonać się, jak wspaniale przywraca dobre samopoczucie ujemnie zjonizowane powietrze, rześkość, „zapach” ozonu. Wyjdź, ciało hartuje się właśnie latem – i koniecznie zabierz swoją pociechę!

park na zdrowiu